Do Kurytyby pojechaliśmy odwiedzić Konsula, p. Marka Makowskiego, oraz zwiedzić skansen polskiej imigracji.
Pojechaliśmy tam na dwa dni. Noc i wieczór dnia poprzedniego spędziliśmy u pary bardzo miłych couchsurferów w Sao Jose das Pinhais (ok. 12 km na południe od Kurytyby). Naszą "hostkę" wybrałam nieprzypadkowo - nie tylko dlatego, że miała miejsce dla naszej hordy, ale też zaciekawiło mnie mnie jej nazwisko "Sovierzoski". Intuicja mnie nie zawiodła - babcia Juliany (nazywana przez jej portugalskojęzyczną wnuczkę po prostu "babcia") była Polką. Niestety zarówno ona, jak i jej córka, matka Juliany, już nie żyją. Babcia mówiła po polsku do końca życia i nigdy nie nauczyła się portugalskiego, natomiast jej córka, język polski zapomniała. Ona zresztą nie mieszkała w Polsce - urodziła się w Niemczech, a do Brazylii przyjechała z rodzicami pod koniec lat 40. mając zaledwie kilka lat. Juliana opowiadała, że jej mama umiała przyrządzać kilka polskich potraw - oprócz pierogów, znanych w Paranie dość powszechnie, robiła np. placki ziemniaczane.
Następnego dnia pojechaliśmy na umówione spotkanie z Konsulem. Bardzo było miło, a ponadto rzeczowo i ciekawie. Dostałam sporo namiarów, kilka książek oraz znaczną garść wiedzy ogólnej. Dostaliśmy też pakiet gadżetów dla polonusów - czapki z napisem "Polska" i plakaty. A chłopaki przez cały pobyt u Konsula nucili "Jeszcze Polska nie zginęła":)
Potem pojechaliśmy do Bosque do Papa, czyli Lasu Papieża (Jana Pawła II), w którym znajduje się skansen upamiętniający imigrację polską. Do parku z okolicznych wsi zostało przewiezionych kilka domów i pomieszczeń gospodarczych oraz kaplica. Domy są wyposażone, a w pomieszczeniach gospodarczych znajdują się narzędzia, drewniany wóz i inne mniejsze i większe sprzęty. Skansen jest maleńki, a dla nas większą atrakcją od zwiedzania go była rozmowa z dyrektorką - panią Danutą Lisicki. Jest to Polka z Wilna, która do Brazylii przyjechała jako małe dziecko tuż po II wojnie światowej. Jej ojciec był - jak to określiła rozmówczyni" - pracownikiem rządowym (w ówczesnym rządzie polskim) i w czasie II wojny światowej cała rodzina została wywieziona do "łagru". Stamtąd po różnych perypetiach, z niemieckimi dokumentami znaleźli się najpierw w Niemczech, potem jakiś czas w Szwecji, wreszcie, za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, wyemigrowali do Brazylii. Historia ta zaciekawiła mnie szczególnie o tyle, że wygląda na to, że opisana wcześniej babcia Juliany i rodzice pani Danuty to przedstawiciele tej samej fali migracyjnej. I jedni i drudzy mieli pochodzenie polskie, a dokumenty niemieckie i wyjechali przez Czerwony Krzyż.
Ja z Panią Danutą Lisicki
Obok skansenu znajduje się kawiarnia "Krakowiak". Pamiętam, że byliśmy tam trzy lata temu, ale tylko coś przekąsiliśmy, bo było bardzo drogo. Teraz już, dzięki korzystnemu dla nas kursowi reala, aż tak drogo nie było. Dało się zjeść obiad, a był on "polski" - 2 pierogi (miały to być chyba ruskie, ale nie były "po rusku" przyprawione i ten ser biały też jakiś innny), gołabek (nazwany tu "golapki"), nieco bigosu, no i ryż.
Po drodze odwiedziliśmy jeszcze plażę.
Bardzo interesująca podróż do Kurytyby, dzięki! A możliwość nocowania w różnych miejscach to wspaniały wynalazek!
OdpowiedzUsuń