Minął już półmetek naszego pobytu w Brazylii. Smutne to bardzo, bo wcale nam się do powrotu nie spieszy.
A dziś będzie o imprezowym weekendzie (takie mamy z reguły, ale tym razem nieco inaczej) oraz o integracji chłopaków w szkole i przedszkolu z kolegami.
Na sobotę Adaś został zaproszony do kolegi z klasy na urodziny do sali zabaw. Byliśmy przekonani, że to taka sala zabaw dla dzieci: kulki, miękkie zjeżdżalnie itp. Ale nie! Była to sala zabaw ogólna, być może nawet głównie dla dorosłych. Adaś przez większość popołudnia spędzonego tam, grał w kosza; tj. rzucał piłkę do kosza, który podnosił się, opadał i wysuwał, a co 3 minuty trzeba było mu ładować żeton, żeby działał dalej. Wolę nie wiedzieć, na ile żetonów Adaś naciągnął tatę Jubilata... Menu też było mało dziecięce - wielki talerz frytek i guarana... No ale dzieci bawiły się przednio, a to przecież o to chodzi. Raz w roku można;)
A w niedzielę wybraliśmy się z Andreą, mamą Migue, kolegi z przedszkola Krzysia, do parku rozrywki Beto Carrero. Pewnie sami nigdy w życiu byśmy tam nie pojechali, uważając, że szkoda czasu i kasy. A tak to była okazja:) Kasy dużo, ale zabawa była niezła. Beto Carrero jest - jak reklamują - największym parkiem rozrywki w całej Ameryce Łacińskiej. I rzeczywiście jest to olbrzymi kompleks, którego nie dałoby się zwiedzić całego w jeden dzień. Zresztą nie wszystkie atrakcje przewidziano dla dzieci. Na mnie największe wrażenie zrobiło show samochodów i motorów. Wprawdzie wolę nie myślę, jak zasmrodzili okolicę i poniszczyli te auta, ale wrażenia były niezłe. Skaczące samochody, jadące na dwóch kołach, motory skaczące przez auta; jazda na zderzenie czołowe z dużą prędkością i skręcanie w ostatniej chwili. W parku jest też nieduże zoo - były niezastąpione tukany, które dreptały sobie to tu to tam, można było podejść do nich na krok i spojrzeć w piękne oczyska:)
A teraz kilka słów na temat integracji w szkole i poza szkołą. Otóż, poza tym, że chłopaki bardzo lubią swój przybytek edukacji, do tej pory nie mieliśmy kontaktu z rodzicami poza "cześć" i "co słychać". A tymczasem okazało się, że mamy, zarówno, jak i ze szkoły, mają na niezwykle popularnym tutaj 'whatsaap' swoje grupy, w których wymieniają się informacjami i zapraszają na imprezy. Do grupy mam z II klasy zostałam dodana przez Biankę, mamę kolegi Adasia, u którego był na urodzinach. Ale Andrea, z której synkiem przyjaźni się Krzyś, dostała mój numer telefonu z sekretariatu przedszkola. Nie miałam oczywiście nic przeciwko temu i bardzo dobrze się stało, że się zapoznałyśmy, ale pomyślałam, że jednak to inaczej niż w Polsce. Ludzie są tutaj o wiele bardziej bezpośredni. Nie tylko to, że mówimy sobie na "Ty", a nie "Pan/Pani" i że całujemy się w policzki na przywitanie i pożegnanie, ale właśnie też, że to, co prywatne i to, co publiczne jest definiowane nieco inaczej. Jeśli chodzi o mnie, bardzo mi to odpowiada.