środa, 23 marca 2016

Praca i po pracy

Tak się składa, że więcej piszę o życiu w Brazylii niż o samej mojej pracy tutaj. A w końcu przyjechałam pracować :). No więc dziś będzie kilka słów o tym, na czym polega moja praca, bo wreszcie mogę się jej oddawać, gdy Młode wróciły po chorobie do swojego przybytku edukacji. 
Po powrocie z "terenu", czyli z Malletu, Rio Claro i okolic, zajmuję się teraz głównie obrabianiem materiału terenowego i czytaniem tekstów z moim terenem związanych. Dokształcam też mój portugalski, uczestnicząc w zajęciach dla obcokrajowców.

No ale głównie czytam, piszę i przepisuję wywiady i rozmowy. To ostatnie jest zajęciem bardzo żmudnym, ale zawsze przepisuję wywiady sama, bo dzięki temu wyzwalają mi się z pamięci różne pokłady wspomnień. To takie headnotes, notatki w głowie, których nigdzie nie zapisałam, a które jednak wzbogacają moją wiedzę.

Jednocześnie staram się uczestniczyć w życiu Polonii on-line (choćby dlatego, że na miejscu przedstawicieli Polonii jest niewielu, o spotkaniu ze Stpwarzyszeniem Polonia już pisałam). Jest mnóstwo fan-page'ów na Facebooku i w innych miejscach, gdzie ludzie wymieniają się informacjami, doświadczeniami, przepisami na pierogi czy bigos oraz poszukują swoich krewnych. Ponieważ moim pytaniem badawczym jest to, w jaki sposób jest praktykowane dziedzictwo kulturowe, Internet, a zwłaszcza Facebook, jest niezwykle bogatym terenem. Moje dwa wymiary praktykowania dziedzictwa, czyli język i zwyczaje jedzeniowe ukazują się tu w pełnej krasie. Jest co obserwować, o czym czytać i pisać. Przede wszystkim jeśli chodzi o jedzenie, Facebook dostarcza ogromnej wiedzy. Prezentowane są bowiem takie potrawy i taka wiedza o nich, które można by za brazylijską antropolożką Ellen Woortmann nazwać "comida tipica" (typowe jedzenie). Jest to co innego niż comida tradicional, czyli jedzenie tradycyjne, takie, które ludzie rzeczywiście jedzą na co dzień i od święta. Nie oznacza to, że Brazylijczycy polskiego pochodzenia nie jedzą pierogów, bo jedzą, ale nie jest to potrawa codzienna, zwyczajna, ale pojawia się w kontekście świąt i uoczystości związanych z kulturą polską. Np. podczas festiwali czy niedzielnego obiadu, na który zaprasza się żarłoczną antropolożkę i jej jeszcze żarłoczniejszą rodzinę:)

Z językiem sprawa jest inna, ponieważ język polski, który używają Brazylijczycy polskiego pochodzenia jest odmienny od współczesnej polszczyzny literackiej i jest odmianą wyłącznie ustną. Nawet ci, którzy świetnie radzą sobie na dzień z polszczyzną, w komunikacji pisanej przechodzą na portugalski. Można, za nieustannie mnie inspisrującym belgijskim socjolingwistą Janem Blommaertem, powiedzieć, że posługują się oni kodem mieszanym: dialektem polonijnym wykształconym w Brazylii i językiem portugalskim. To trochę co innego niż dwujęzyczność albo dyglosja. I w ogóle daje nam do myślenia o języku jako takim: jego ideologiach, standardach i politykach.

Oczywiście nie samą pracą żyje człowiek, nawet antropolog. Jako że jestem też mamą, a w tym miesiącu również słomianą wdową, zajmuję się również domem i syneczkami. W tym edukacją Adasia, bo jak już gdzieś pisałam, jesteśmy rodzicami-terrorystami, i Adaś oprócz szkoły brazylijskiej, ma codziennie (nie ma, że sobota czy niedziela) lekcje polskiego i matematyki po polsku. A poza tym udzielam (udzielamy!) się w kuchni. Krzyś by codziennie jadł ryż z fiżonem (czarną fasolą), ale robimy też to, co w Brazylii nam nie smakuje, czyli domowy chleb i domowy jogurt. Chleb rzeczywiście w Brazylii jest niesmaczny i w dodatku drogi. Nie bez powodu Brazylijczycy polskiego pochodzenia pieką na wsiach sami chleb - często z pszenicy, którą sami uprawiają, choć młynów już we wsi jak na lekarstwo. My pieczemy z mąki pszennej białej połączonej z razową, czasem kukurydzianą. Żytniej tu nie spotkałam. Jeśli chodzi o jogurt, to w ciepłym tutejszym klimacie dojrzewa doskonale. A że w sklepach wcale nie tak łatwo kupić jogurt naturalny i sprzedawany jest tylko w małych pojemniczkach, zaczęłam go sama robić. A na dowód kilka fotek z pieczenia chleba i tego, jak pracują mali pomocnicy:






niedziela, 6 marca 2016

Chorowanie:(






Dziś wpis o tym, że u nas nie tylko kolorowo i plaże:( Oto mój pierwszy dzień prawie miesięcznego słomianego wdowieństwa, a młode chore. 
Dopadł nas jakiś nieznany chyba naszym organizmom wirus, przypominający przeziębienie i pospolitą jelitówkę. Niestety trwa on już od dobrych kilku dni, a dodatkowo małe mają zielone gluty i kaszel. 
Kilka więc słów o służbie zdrowia, bo (stety-niestety) mieliśmy już z nią kontakt. Niestety, bo musieliśmy iść do lekarza, gdy Krzyś zaczął chorować, stety - bo doświadczenie całkiem dobre. A dodać trzeba, że poszliśmy do zwykłej, miejskiej, publicznej przychodni. Przywitało nas wprawdzie to: 
Image result for estamos em greve posto de saude canasvieiras

Lekarze i pielęgniarki siedzili na schodach przychodni - "estamos em greve" znaczy bowiem: strajkujemy. Na szczęście zostaliśmy wpuszczeni do środka, w przychodni było niemal zupełnie pusto. Jedna z pielęgniarek pokierowała nas jednak do rejestracji, gdzie wystarczyło pokazać paszport Krzysia, a za chwilę potem udać się na górę i oczekiwać, że któryś z lekarzy na chwilę przerwie strajk. Niedługo po nas przychodnia zaczęła wypełniać się ludźmi, ale na szczęście byliśmy pierwsi w kolejce. Zasada jet taka, że z dzieckiem do lekarza może wejść tylko jedna osoba - dla nas lekarz nie zrobił wyjątku i zostałam wyproszona. 
Krzyś został zbadany, choć niewiele się dowiedzieliśmy poza tym, że może alergia, może wirus, może ugryzienia komarów.... Ale teraz jest gorzej, bo jeszcze katar i kaszel. Więc jutro prawdopodobnie czeka nas powtórna wizyta. A tymczasem syrop z cebuli i czosnku oraz mnóstwo soku z limonki.
Są też pozytywne strony chorowania: Adaś pisze kolejne opowiadania, uczy się rysowania z perspektywą oraz uczy Krzysia matematyki i pisania. Oto kilka dzieł ostatniego czasu:

Zadanie wykonane przez Krzysia




Bajka o stworkach (tfu, stforkach) potworkach


Wycieczka 





Na obłożnie chorych jednak nie wyglądają, zwłaszcza po nurofenie:)