czwartek, 31 grudnia 2015

Na wsi

Wczoraj spędziliśmy bardzo miły dzień u naszych znajomych sprzed czterech lat - Sieklickich - w Rio Claro.
W tej rodzinie na co dzień mówi się po polsku i prawdopodobnie nawet dla najmłodszego członka rodziny - półrocznego Bruno - polski będzie pierwszym językiem. Nikt jednak po polsku nie umie pisać i czytać. Ojciec rodziny, 65-letni pan Kazimierz (Casimiro, tu: Kaźmiyrz) uczył się religii po polsku u sióstr, które mieszkały swego czasu w Rio Claro, nawet nieco nauczył się czytać modlitw i pieśni, ale niestety już nie pamięta. Mówi za to świetnie i chwali się, że używa tylko polskich nazw miesięcy, co rzeczywiście wśród brazylijskich Polaków nie jest powszechne.
Siekliccy częstują nas domowym obiadem: rosół z domowym makaronem, sałatka z własnych pomidorów i ogórków, ryż i fasola - również z własnej uprawy i równie własne kurczaki.



Na deser jemy szyszki araukarii (pionory), pieczone na blasze pieca.



Oglądamy też imponujące, niemal samowystarczalne gospodarstwo. Jest na nim jeszcze stary dom, który ok. 80 lat temu postawili rodzice p. Kazimierza. Teraz służy on do przechowywania suszonego tytoniu i jako składzik różnych innych rzeczy. Niestety wśród tych rzeczy są też stare fotografie, w popękanych ramach, zakurzone i zjadane przez robaki. 


Jest jeszcze jeden dom - młodszego pokolenia. Jeden z synów państwa Sieklickich, Claudio, zostaje na gospodarstwie. W zeszłym roku się ożenił, zbudował nowoczesny dom. Z żoną Marisą mają synka Bruno.


Trzy pokolenia: babcia Julia, ojciec chrzestny Janek i Bruno (oraz pies, a dokładniej suczka, o imieniu Suka)

Siekliccy uprawiają tytoń, który nazywają fuma (teraz jest pora zbioru i suszenia). Tytoń prawie w całości idzie na sprzedaż, podobnie soja (modyfikowana genetycznie, co kilkanaście dni trzeba ją pryskać). Na swoje potrzeby jest kukurydza (mileja), która przede wszystkim służy jako pasza dla zwierząt, a także ryż i rozmaite warzywa i owoce: banany, arbuzy, melony, fasola (fiżon), pomidory, ogórki, cebula, ziemniaki, erva-mate. W tym roku nie posiali pszenicy, bo słabo rośnie, dlatego obecnie mąkę na chleb się kupuje, Bo chleb pani Julia piecze w domu. 
Poniżej kilka fotek z gospodarstwa. 
 Ususzony tytoń przechowuje się zawieszony w wiązkach w suchym miejscu.
 Na takich urządzeniach suszy się tytoń. W suszarni zawiesza się wiatraki, które przyspieszają suszenie.
 Tak rośnie tytoń. Liście obrywa się najpierw od dołu,potem wyżej.

 Adaś w kukurydzy. Rośnie tu kilka gatunków, od takiej wysokiej, w której dzieci chętnie się chowają, i niższa, taka jak u nas.


Kwitnący bananowiec z młodymi owocami. Gdy podrosną, należy ściąć całą kiść i na kilka dni zawiesić w suchym i osłoniętym od słońca miejscu. 
                               

 Chłopaki pomagają karmić kury ziarnami kukurydzy.

Chłopaki na traktory! Oprócz naszych jest tu Eduardo, wnuk, a traktor prowadzi Janek - najmłodszy syn, kóry w przyszłym roku zostanie wyświęcony na księdza.



Ukraińcy

W Mallet oraz w okolicznych miejscowościach, mimo że potomkowie Polaków są większością, znaczną grupę stanowią też Ukraińcy. Zaczęli przyjeżdżać z Galicji Wschodniej kilka lat po Polakach i osiedlali się w tych samych miejscowościach. Czasem powstają napięcia i konflikty między obiema grupami, dawniej nie było między nimi małżeństw mieszanych i nadal jest sporo stereotypów. Niemniej, na co dzień żyją po sąsiedzku i obecnie wiele jest mieszanych polsko-ukraińskich rodzin, sporo ludzi zna oba języki. To, co ich różni, to religia - Ukraińcy są grekokatolikami. 
Miejscowi Polacy mówią, że Ukraińcy bardziej trzymają się języka i tradycji. Mieliśmy okazję oglądać ukraińskich kolędników, którzy przyszli do naszego domu w Mallet. Polacy już od dawna nie chodzą po kolędzie. Ukraińcy mają też bardziej rozbudowaną obrzędowość weselną i zachowany np. zwyczaj korowaja.

Poniżej kilka zdjęć na temat ukrańskiej obecności w parańskich wsiach i miasteczkach. 

 Cerkiew niedaleko Uniao da Vitoria





Cmentarz w Mallet


Kolędnicy - chodzą od domu do domu, śpiewają po ukraińsku kolędy i składają domownikom życzenia. 


piątek, 25 grudnia 2015

Wigilia

Zwana ceia albo jantar, czyli po prostu „kolacja”, wieczerza wigilijna u Brazylijczyków polskiego pochodzenia jest inna niż w Polsce, choć jest trochę elementów wspólnych. Na stole naszych gospodarzy pojawiły się: opłatek, mięso pieczone wieprzowe, szynka, sałatka z pomidorów, ryż na słodko. Były też buraczki - ale takie jak u nas na Wielkanoc, czyli tarte z chrzanem oraz kutia - ale zamiast maku było mleko skondensowane i mleczko kokosowe. Ja zrobiłam też barszczyk, ale był on zupełnie inni niż znają nasi gospodarze. Pierogów ani ryb nie było. Było za to sianko pod obrusem, które przywieźliśmy z Polski. Nasz gospodarz wykazał się świetną znajomością polskich kolęd, choć w ich domu nie ma zwyczaju ich śpiewania (wyniósł tę umiejętność z domu rodzinnego).







Przybył też Papa Noel, czyli brazylijski święty Mikołaj. On również ma polskie korzenie, a na nazwisko Grabowski.


czwartek, 24 grudnia 2015

Świątecznie

Jakoś pochłonięta terenem nie miałam weny na napisanie nic w ostatnich dniach, dlatego postaram się co nieco nadrobić. Tymczasem wpis świąteczny i okołoświąteczny, a jednocześnie notatka terenowa o tym, jak to miejscowe "Poloki" świętują. 
Od kilku dni jesteśmy już w miejscowości Mallet, rozmawiamy z ludźmi tutaj oraz w Rio Claro do Sul (kolonia, do ktorej imigranci z Polski zaczęli przyjeżdżać w 1890 roku), a wczoraj odwiedziliśmy Cruz Machado i Santanę - miejscowość, w której nadal niemal wszyscy mówią po polsku i gdzie zwiedziliśmy muzeum etnograficzne.
No ale jeśli chodzi o święta: wydaje się, że nie ma tu tak uroczystego nastroju świątecznego, jak jest w Polsce. W Wigilię, podobnie jak u nas, przygotowuje się kolację, ale w niewielu już domach zachowało się łamanie opłatkiem i śpiewanie kolęd. W niewielu kościołach również odprawia się "pasterkę", np. w Rio Claro ksiądz Anderson organizuje mszę o 20. Zachowało się natomiast to, że na stole powinno się znaleźć 12 potraw. I cóż to jest: 
Przede wszystkim nie ma zwyczaju poszczenia, więc jada się mięso wieprzowe, pieczone lub grillowane (churrasco), a poza tym:
chleb, ryba, kutia - tak tak, większość przodków migrantów pochodziła z obecnej Polski wschodniej lub terenów dzisiejszej Ukrainy / Białorusi; zupa z kapusty (kapuśniak), gotowana marchew pokrojona w plastry lub słupki, słodkie ciasta. No i pierogi - jada się tu z różnym nadzieniem, ale na Święta z reguły "ruskie" (tak się ich tu nie nazywa; mówią, że to pierogi z serem i ziemniakami). Jest również barszczyk lub sałatka z tartych buraków. Barszczyk gotuje się na mięsie wieprzowym, z cebulką lub koperkiem czy pietruszką, zabielane mąką i czasem śmietaną oraz z lanymi kluseczkami i ryżem. 
W wielu domach i ogrodach stroi się pinioreczki (choinki) lub zawiesza światełka i ozdoby na kwitnących krzewach. 
Wesołych Świąt! Feliz Natal!

Poniżej kilka fotek z okolic, w których teraz jesteśmy. 

Występ grupy "Mazury" - dzieci, które w większości nie mówią już po polsku, pięknie śpiewają kolędy. Z tylu po lewej stronie pani Guizelia - prowadzi zespół oraz uczy języka polskiego.

A poniżej skansen (muzeum etnograficzne we wsi Santana):




 Cmentarz w Mallet - na większości nagrobków są polskie nazwiska, czasem zniekształcone i dostosowane do ortografii i fonetyki portugalskiej. Poniżej zdjęcie jednego z najstarszych nagrobków oraz nowy nagrobek na miejscu starego (zachowała się również stara płyta nagrobna).




sobota, 19 grudnia 2015

Opłatek u Polaków

We Florianopolis działa stowarzyszenie "Polonia". Prezesem jest p. Jorge Zuchowski, do którego napisałam już kilka dni temu, a on zaprosił mnie - a dokładniej wszystkich nas - na tradycyjny "opłatek". 
Stowarzyszenie mieści się na 9 piętrze bloku w centrum Florianopolis, zostało założone w 2004. Znajdują się tam dwa pomiesczenia - jedno biurowe, drugie "rozrywkowo-spotkaniowe", łazienka i kuchnia. Jest całkiem spora biblioteczka i zdjęcia zasłużonych członków Stowarzyszenia. 
Osoby, które przyszły wczoraj na "opłatek" to migranci i potomkowie migrantów z różnych fali migracyjnych. Rodzice p. Jorge wyemigrowali jeszcze przed I wojną światową do Porto Allegre, ale chyba większość (a przynajmniej znaczna część) obecnych to 2 pokolenie migranów powojennych. Wielu nie mówi już po polsku albo mówi słabo. Przykładem jest bardzo sympatyczny pan Mariano, dla którego język polski był pierwszym językiem, ale od 50 lat już go w zasadzie nie używa. Pan Jorge i jego żona mówią po polsku bardzo ładnie. 
Na wigilijnym stole pojawiły się oczywiście opłatki, ale także pierogi (ruskie), ryba oraz dania i potrawy tutejsze - ryż z sosem krewetkowym, sałatki, ciasta i ciastka. Do picia piwo i guarana. 
Nie zabrakło śpiewania kolęd - jednak po portugalsku, nie po polsku.
A teraz czas na fotki:













sobota, 12 grudnia 2015

Kurytyba

Kurytyba to jedyne miasto w Brazylii mające swoją polską nazwę (po portugalsku to Curitiba). Nie bez powodu. Jest to miasto, jak i stan, którego stanu jest stolicą, Parana, w którym mieszka największa liczba Polaków oraz Brazylijczyków polskiego pochodzenia. Nie ma dokładnych szacunków, ile tych osób jest, uważa się, że od 800 tysięcy do ok. 2 milionów.
Do Kurytyby pojechaliśmy odwiedzić Konsula, p. Marka Makowskiego, oraz zwiedzić skansen polskiej imigracji.
Pojechaliśmy tam na dwa dni. Noc i wieczór dnia poprzedniego spędziliśmy u pary bardzo miłych couchsurferów w Sao Jose das Pinhais (ok. 12 km na południe od Kurytyby). Naszą "hostkę" wybrałam nieprzypadkowo - nie tylko dlatego, że miała miejsce dla naszej hordy, ale też zaciekawiło mnie mnie jej nazwisko "Sovierzoski". Intuicja mnie nie zawiodła - babcia Juliany (nazywana przez jej portugalskojęzyczną wnuczkę po prostu "babcia") była Polką. Niestety zarówno ona, jak i jej córka, matka Juliany, już nie żyją. Babcia mówiła po polsku do końca życia i nigdy nie nauczyła się portugalskiego, natomiast jej córka, język polski zapomniała. Ona zresztą nie mieszkała w Polsce - urodziła się w Niemczech, a do Brazylii przyjechała z rodzicami pod koniec lat 40. mając zaledwie kilka lat. Juliana opowiadała, że jej mama umiała przyrządzać kilka polskich potraw - oprócz pierogów, znanych w Paranie dość powszechnie, robiła np. placki ziemniaczane.
Następnego dnia pojechaliśmy na umówione spotkanie z Konsulem. Bardzo było miło, a ponadto rzeczowo i ciekawie. Dostałam sporo namiarów, kilka książek oraz znaczną garść wiedzy ogólnej. Dostaliśmy też pakiet gadżetów dla polonusów - czapki z napisem "Polska" i plakaty. A chłopaki przez cały pobyt u Konsula nucili "Jeszcze Polska nie zginęła":)
Potem pojechaliśmy do Bosque do Papa, czyli Lasu Papieża (Jana Pawła II), w którym znajduje się skansen upamiętniający imigrację polską. Do parku z okolicznych wsi zostało przewiezionych kilka domów i pomieszczeń gospodarczych oraz kaplica. Domy są wyposażone, a w pomieszczeniach gospodarczych znajdują się narzędzia, drewniany wóz i inne mniejsze i większe sprzęty. Skansen jest maleńki, a dla nas większą atrakcją od zwiedzania go była rozmowa z dyrektorką - panią Danutą Lisicki. Jest to Polka z Wilna, która do Brazylii przyjechała jako małe dziecko tuż po II wojnie światowej. Jej ojciec był - jak to określiła rozmówczyni" - pracownikiem rządowym (w ówczesnym rządzie polskim) i w czasie II wojny światowej cała rodzina została wywieziona do "łagru". Stamtąd po różnych perypetiach, z niemieckimi dokumentami znaleźli się najpierw w Niemczech, potem jakiś czas w Szwecji, wreszcie, za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, wyemigrowali do Brazylii. Historia ta zaciekawiła mnie szczególnie o tyle, że wygląda na to, że opisana wcześniej babcia Juliany i rodzice pani Danuty to przedstawiciele tej samej fali migracyjnej. I jedni i drudzy mieli pochodzenie polskie, a dokumenty niemieckie i wyjechali przez Czerwony Krzyż.







Ja z Panią Danutą Lisicki


Obok skansenu znajduje się kawiarnia "Krakowiak". Pamiętam, że byliśmy tam trzy lata temu, ale tylko coś przekąsiliśmy, bo było bardzo drogo. Teraz już, dzięki korzystnemu dla nas kursowi reala, aż tak drogo nie było. Dało się zjeść obiad, a był on "polski" - 2 pierogi (miały to być chyba ruskie, ale nie były "po rusku" przyprawione i ten ser biały też jakiś innny), gołabek (nazwany tu "golapki"), nieco bigosu, no i ryż.





Po drodze odwiedziliśmy jeszcze plażę.