piątek, 3 czerwca 2016

Teren w zasięgu ręki

Do tego wpisu zabieram się od dawna, i od dawna leżą jego drafty w odmętach tego bloga. Ale dziś po wizycie u kosmetyczki mnie natchnęło. 
Chodzi mianowicie o teren. Antropolog, jak wiadomo, w teren jeździ, aby zbadać obych sobie kulturowo ludzi. A potem z tego terenu wraca i pisze dzieła, które jednak do mas rzadko docierają. Tak przynajmniej było dawniej. Za czasów ojca-założyciela, wielkiego Rodaka, Bronisława Malinowskiego, antropolog powinien był pojechać w teren, zostać tam przynajmniej rok, robić skrzętne notatki, obserwacje, prowadzić dziennik terenowy i fotografować, Teren powinien być odległy i obcy, a antropolog powinien umieć się w nim odnaleźć sam, m.in. opanowując lokalny język. 
Obecnie czasy się zmieniły i po pierwsze, na roczny wyjazd w teren stać nielicznych i to raczej nie w Polsce, a po drugie, teren może być wszędzie: w naszym mieście, dzielnicy, miejscu pracy, w rodzinie, w Internecie. 
Zgodnie ze standardami przyjętymi wśród wielu badaczy w Polsce, wyjeżdżałam w teren nie na długo (zazwyczaj do miesiąca) i regularnie przez ponad dekadę. Nauczyłam się miejscowego języka (macedońskiego), często wyjeżdżałam sama, a teren zawsze był jednak dość odległy (Macedonia i Włochy). Trzeba tam było polecieć samolotem albo  jechać samochodem czy autobusem dobrze ponad dobę.
Tymczasem tu, w Brazylii, teren mam w zasięgu ręki. Wprawdzie przyjechałam tu na prawie rok (niemal jak Malinowski!), i nauczyłam się lokalnego języka (portugalskiego oraz miejscowego dialketu polonijnego), ale nie jestem tu sama, tylko z rodziną i nie przyjechałam na wieś, tylko do najpiękniejszego miasta na świecie (naprawdę! Kto nie wierzy, zapraszam! Jesteśmy tu jeszcze chwilę). 
Dziś w ramach przygotowań do konferencji, wybrałam się do kosmetyczki. Wiadomo, jak polegnę merytorycznie, to przynajmniej nie będę miała kudłatych brwi:) Byłam już u niej kiedyś i wróciłam - nie tylko dlatego, że jest miła i ładnie reguluje brwi, ale też dlatego, że jest Brazylijką polskiego pochodzenia z małego miasteczka w Paranie. Po polsku nie mówi, bo już pokolenie jej rodziców tylko biernie znało polski. Za to dobrze pamięta, jak mówiła jej babcia (o niej oczywiście nie mówi avó, tylko "babcia" właśnie), pamięta kilka pojedynczych słów, a także jest wielką miłośniczką "polskiego jedzenia". Dowiedziałam się od niej, gdzie można we Florianopolis zamówić porcję mrożonych pierogów. Nie powiem, że przeprowadziłam wywiad, ale dało mi to do myślenia o tym, gdzie jest teren dla antropologa, bo takich spotkań miałam już więcej. Polskie korzenie ma sąsiad oraz mama kolegi Krzysia z przedszkola. We Florianopolis i w ogóle w stanie Santa Catarina mieszkają w większej mierze potomkowie Niemców i Włochów, ale oni są dla mnie dodatkowym kontekstem. Bez nich nie mogłabym zrozumieć różnych działań Polaków. Dlatego spotkania z nimi również traktuję jako bycie w terenie.
Jest to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, że można wyjść z domu i być w terenie. Albo podjechać tam miejskim autobusem. 
I na koniec, żeby choć jedną fotkę wrzucić - jakieś dwa tygodnie temu byliśmy na obiedzie u państwa Żuchowskich, którzy mieszkają niedaleko stąd, a pan Jorge jest prezesem miejscowego stowarzyszenia polonijnego. No to fotka. Z terenu, który mam w zasięgu ręki.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz