niedziela, 31 stycznia 2016

Foz do Iguacu

Przedwczoraj dopiero wróciliśmy do Florianopolis, zastały nas tam spleśniałe ubrania i pościel. Niestety, w niezamieszkałym przez ponad miesiąc domu wilgoć roznosi się błyskawicznie i dopiero co wypraliśmy wszystko i w miarę ogarnęliśmy dom.
A wpis będzie o jednej z kluczowych brazylijskich atrakcji, które zwiedziliśmy po zakończonych badaniach terenowych, mianowicie Foz do Iguacu. 
Wodospady w Parku Narodowym Iguacu (po stronie argentyńskiej Iguazu) należą do największych na świecie. Eleonora Roosevelt oglądając je, miała powiedzieć, że Niagara przy nich wygląda jak kran kuchenny.
My wodospady zwiedziliśmy od strony argentyńskiej. Ładnie, nie powiem, ale jednak przynajmniej połowę przyjemności ze zwiedzania odebrały mi ogromne tłumy (tak, rozumiem, światowa atrakcja...) i bardzo wysokie ceny. W Argentynie, jak się okazało, nie warto wymieniać pieniędzy po rządowym kursie ani płacić kartą, tylko kupować na czarnym rynku po kursie 2-3 razy korzystniejszym.  Inaczej bilet dla osoby dorosłek kosztuje ok. 75 zł, a np. dziecięca czapeczka (nie sprawdziliśmy kursu przed zakupem ofkors) ok. 90. Wodospady rzeczywiście robią wrażenie, gdyż są to ogromne masy wody przelewające się z wielkim hukiem w wielu różnych miejscach. Wodospady mają swoje nazwy, a jedne z najciekawszych i największych to "Garganta del Diablo", czyli "Gardziel Diabła". 





Następnego dnia mieliśmy zobaczyć stronę brazylijską, ale w końcu poszliśmy do Parku Ptaków. I dobrze, bo to było najładniejsze miejsce. Jak informuje ulotka i plakaty w parku, większość ptaków została uratowana przed przemytem i złym traktowaniem. Wyglądają tu na zaopiekowane, choć - oczywiście - jest to jakiś rodzaj niewoli. Największe wrażenie zrobiły tukany z przepięknymi kolorowymi dziobami. 



Jednym z punktów programu w Foz do Iguacu są zakupy w Paragwaju. Foz leży na granicy trzech państw: Brazylii, Argentyny i Paragwaju i ten ostatni kraj jest najbiedniejszy i najtańszy. Dlatego tłumy ciągną do przygranicznego Ciudad del Este, aby tam w jednym z licznych centrów handlowych zaopatrzyć się w sprzęt elektroniczny, ubrania czy perfumy. Niestety jest tam również bardzo duża przestępczość, co w połączeniu z biedą i ogólną bylejakością architektoniczną widać gołym okiem tuż po przejechaniu granicy. Granicy zresztą nijak nie strzeżonej, po prostu przejeżdża się most na rzece Parana i już jest się po drugiej stronie. 
Postanowiliśmy kupić w Paragwaju kamerę. Już po przejechaniu granicy zaczęli nas zatrzymywać naganiacze z ulotkami rozmaitych sklepów, ale nie daliśmy się i sami pojechaliśmy do jednego z centrów handlowych. Zaparkowaliśmy na ulicy, w miejscu, gdzie parkowało wiele innych samochodów, ale zaraz podszedł do nas policjant i powiedział, że tu niebezpiecznie i mamy jechać na parking strzeżony. Pojechaliśmy. Usiłując dojść do centrum handlowego, daliśmy się poprowadzić jednemu z naganiaczy (w sumie, czemu ma nie zarobić, jeśli coś kupimy?). Poprowadził nas jakimiś zaułkami do sklepu z kamerami. I znaleźliśmy całkiem niezłą, w zasadzie już ją kupiliśmy, po czym okazało się, że nie ma do niej opakowania, a potem, że nie ma ładowarki... Poszliśmy też do innego centrum, które zostało nam polecone. Też dziurawą, ciasną drogą, z wszechobecną biedą. A jak już doszliśmy, to wow. Takiego centrum handlowego jeszcze nie widziałam: połowa sklepów to prowizorycznie sklecone budki, dziurawe i ciemne schody, ale za to niemal na każdym rogu ochroniarz z długą bronią. Jakoś nie czułam się tam zbyt bezpiecznie, ale wrażenia mocniejsze niż w tym całym Foz do Iguacu:) Aha, no i kamery nie kupiliśmy. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz