Przedwczoraj
dopiero wróciliśmy do Florianopolis, zastały nas tam spleśniałe
ubrania i pościel. Niestety, w niezamieszkałym przez ponad miesiąc
domu wilgoć roznosi się błyskawicznie i dopiero co wypraliśmy
wszystko i w miarę ogarnęliśmy dom.
A
wpis będzie o jednej z kluczowych brazylijskich atrakcji, które
zwiedziliśmy po zakończonych badaniach terenowych, mianowicie Foz
do Iguacu.
Wodospady
w Parku Narodowym Iguacu (po stronie argentyńskiej Iguazu) należą
do największych na świecie. Eleonora Roosevelt oglądając je,
miała powiedzieć, że Niagara przy nich wygląda jak kran kuchenny.
My
wodospady zwiedziliśmy od strony argentyńskiej. Ładnie, nie
powiem, ale jednak przynajmniej połowę przyjemności ze zwiedzania
odebrały mi ogromne tłumy (tak, rozumiem, światowa atrakcja...) i
bardzo wysokie ceny. W Argentynie, jak się okazało, nie warto
wymieniać pieniędzy po rządowym kursie ani płacić kartą, tylko
kupować na czarnym rynku po kursie 2-3 razy korzystniejszym.
Inaczej bilet dla osoby dorosłek kosztuje ok. 75 zł, a np.
dziecięca czapeczka (nie sprawdziliśmy kursu przed zakupem ofkors)
ok. 90. Wodospady rzeczywiście robią wrażenie, gdyż są to
ogromne masy wody przelewające się z wielkim hukiem w wielu różnych
miejscach. Wodospady mają swoje nazwy, a jedne z najciekawszych i
największych to "Garganta del Diablo", czyli "Gardziel
Diabła".
Następnego
dnia mieliśmy zobaczyć stronę brazylijską, ale w końcu poszliśmy
do Parku Ptaków. I dobrze, bo to było najładniejsze miejsce. Jak
informuje ulotka i plakaty w parku, większość ptaków została
uratowana przed przemytem i złym traktowaniem. Wyglądają tu na
zaopiekowane, choć - oczywiście - jest to jakiś rodzaj niewoli.
Największe wrażenie zrobiły tukany z przepięknymi kolorowymi
dziobami.
Jednym
z punktów programu w Foz do Iguacu są zakupy w Paragwaju. Foz leży
na granicy trzech państw: Brazylii, Argentyny i Paragwaju i ten
ostatni kraj jest najbiedniejszy i najtańszy. Dlatego tłumy ciągną
do przygranicznego Ciudad del Este, aby tam w jednym z licznych
centrów handlowych zaopatrzyć się w sprzęt elektroniczny, ubrania
czy perfumy. Niestety jest tam również bardzo duża przestępczość,
co w połączeniu z biedą i ogólną bylejakością architektoniczną
widać gołym okiem tuż po przejechaniu granicy. Granicy zresztą
nijak nie strzeżonej, po prostu przejeżdża się most na rzece
Parana i już jest się po drugiej stronie.
Postanowiliśmy
kupić w Paragwaju kamerę. Już po przejechaniu granicy zaczęli nas
zatrzymywać naganiacze z ulotkami rozmaitych sklepów, ale nie
daliśmy się i sami pojechaliśmy do jednego z centrów handlowych.
Zaparkowaliśmy na ulicy, w miejscu, gdzie parkowało wiele innych
samochodów, ale zaraz podszedł do nas policjant i powiedział, że
tu niebezpiecznie i mamy jechać na parking strzeżony. Pojechaliśmy.
Usiłując dojść do centrum handlowego, daliśmy się poprowadzić
jednemu z naganiaczy (w sumie, czemu ma nie zarobić, jeśli coś
kupimy?). Poprowadził nas jakimiś zaułkami do sklepu z kamerami. I
znaleźliśmy całkiem niezłą, w zasadzie już ją kupiliśmy, po
czym okazało się, że nie ma do niej opakowania, a potem, że nie
ma ładowarki... Poszliśmy też do innego centrum, które zostało
nam polecone. Też dziurawą, ciasną drogą, z wszechobecną biedą.
A jak już doszliśmy, to wow. Takiego centrum handlowego jeszcze nie
widziałam: połowa sklepów to prowizorycznie sklecone budki,
dziurawe i ciemne schody, ale za to niemal na każdym rogu ochroniarz
z długą bronią. Jakoś nie czułam się tam zbyt bezpiecznie, ale
wrażenia mocniejsze niż w tym całym Foz do Iguacu:) Aha, no i
kamery nie kupiliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz